W północnej Litwie, jakieś dwanaście kilometrów od miasta Šiauliai, stoi niewielkie wzgórze, które z drogi nie wygląda na wiele. Pagórek, może dziesięć metrów wysokości, pośrodku płaskich pól. Potem wysiadasz z samochodu i widzisz, co na nim jest, i na chwilę milkniesz.
Zdjęcia: galeria poniżej otwiera się jako klikalny lightbox. Dotknij dowolnej miniatury lub zdjęcia głównego, aby je powiększyć. Fotografowane podczas wizyt, które odbyliśmy z naszymi gośćmi.
Gdzieś między stu tysiącami a dwustu tysiącami krzyży. Drewniane, wielkości dziecięcej dłoni, zawieszone na różańcach. Metalowe, wyższe od człowieka. Rzeźbione litewskie krucyfiksy ludowe. Surowe kawałki drewna związane sznurkiem. Figury Matki Boskiej. Zdjęcia ludzi, którzy już nie wrócą. Wiatr przechodzi między nimi, a te mniejsze dźwięczą cicho jeden o drugi, i całe wzgórze oddycha.
To jest Kryžių kalnas. Nie jest muzeum, nie jest cmentarzem i oficjalnie nie jest niczym. Kościół katolicki nie jest jego właścicielem. Państwo litewskie tak naprawdę też nie. Należy, jeśli należy do kogokolwiek, do ludzi, którzy wciąż tu przychodzą i coś na nim zostawiają, i robią to od prawie dwustu lat.
Z Rygi możesz na nim stanąć w niecałe dwie godziny.
Jak się zaczęło
Nikt nie wie dokładnie, kiedy stanął pierwszy krzyż. Najszerzej przyjmowana wersja mówi, że zaczęło się po powstaniu listopadowym 1831 roku. Było to polsko-litewskie powstanie przeciw rosyjskim rządom imperialnym, stłumione brutalnie. Ciał poległych powstańców nie zwracano rodzinom. Wielu pochowano w bezimiennych grobach, celowo, żeby nie było gdzie ich opłakiwać.
Rodziny przychodziły więc na to niewielkie wzgórze, pozostałość po starym grodzisku, na wspólnej ziemi, na odludziu, i stawiały krzyże za zmarłych, których nie mogły pochować. Nie nagrobki, tylko krzyże. Jakieś miejsce, gdzie można było rozpaczać.
Powstanie 1863 roku również się nie powiodło. Stanęło więcej krzyży. Zanim Litwa ogłosiła niepodległość w 1918 roku, wzgórze było już miejscem, do którego ludzie przychodzili, kiedy nie wiedzieli, co innego zrobić.
To jest część tej historii, która porusza mnie najbardziej. Góra Krzyży nie została zbudowana przez Kościół ani przez państwo, ani przez nikogo z planem. Zbudowali ją zwykli ludzie, którzy potrzebowali miejsca na swój ból i którzy zrobili miejsce z niczego, bo nikt inny nie chciał go dla nich zrobić.
Co próbowali zrobić Sowieci
Sowieci od razu zrozumieli, że to wzgórze jest problemem.
Było katolickie, w ustroju, który oficjalnie był ateistyczny. Było litewskie, w ustroju, który chciał, żeby Litwini zapomnieli, że są Litwinami. Było miejscem, gdzie gromadzili się zwykli ludzie, w ustroju, który nie chciał, żeby zwykli ludzie gromadzili się gdziekolwiek poza jego zasięgiem wzroku. Po deportacjach z 1941 i 1949 roku rodziny zaczęły przychodzić na wzgórze, by stawiać krzyże za krewnych wywiezionych na Syberię, którzy nigdy nie wrócili. Krzyże coraz częściej nosiły napisy, których reżim nie był w stanie znieść.
W kwietniu 1961 roku Sowieci zrównali z ziemią całe wzgórze, spalili drewniane krzyże, metalowe oddali na złom, a kamienne zakopali. Teren obstawiono strażą.
Krzyże wróciły.
Ludzie wchodzili na górę nocą. Przynosili nowe krzyże ukryte pod płaszczami. Niektórzy, gdy straże stały na samym wzgórzu, robili maleńkie krzyże z kamieni i trawy i kładli je płasko na łące, gdzie nie dało się ich dostrzec z drogi, ale można było je znaleźć, jeśli wiedziało się, gdzie patrzeć.
Sowieci zrównali wzgórze z ziemią ponownie w 1973 roku, i jeszcze raz w 1975. Za każdym razem krzyże wracały w ciągu kilku tygodni. Pojawiły się poważne propozycje, by zalać cały obszar i zamienić wzgórze w niedostępną wyspę na sztucznym jeziorze. KGB rozlokowało się na miejscu. Tylko w latach 1973–1975 niszczono szacunkowo pięćset krzyży rocznie.
Nie zadziałało. Wzgórze przetrwało Związek Radziecki.
We wrześniu 1993 roku, dwa lata po odzyskaniu niepodległości, Jan Paweł II (sam Polak, który dorastał w kraju doskonale rozumiejącym, co znaczy to wzgórze) przyjechał na Litwę i odprawił mszę u jego stóp. Nazwał je miejscem „nadziei, pokoju, miłości i ofiary”. Wysłał później z Watykanu duży krucyfiks, który stoi dziś na wzgórzu jako jeden z wielu.
Można uczciwie powiedzieć, że to właśnie naprawdę przegrał Związek Radziecki. Nie wyścig zbrojeń, ale wojnę na wyczerpanie z ludźmi, którzy nie przestawali przynosić kawałków drewna na wzgórze pośrodku niczego.
Jeśli nie jesteś osobą wierzącą
Nie trzeba być katolikiem, żeby poczuć, co się tutaj dzieje. Nie jestem szczególnie religijna, a za pierwszym razem nie spodziewałam się, że to mnie poruszy tak, jak poruszyło.
To, co jest na tym wzgórzu, nie dotyczy tak naprawdę katolicyzmu, choć katolicyzm jest jego językiem. Dotyczy tego, co ludzie robią, gdy oficjalna historia nie pozwala im rozpaczać, gdy ich zmarli nie mają grobów, gdy ich język jest zakazany, gdy ich narodowi powiedziano, że nie istnieje. Tworzą własne miejsca pamięci. Tworzą miejsce, gdzie zasady panującego nad nimi reżimu nie obowiązują. Wchodzą na wzgórze, kładą na nim kawałek drewna i schodzą z powrotem, a ten drobny, prywatny akt, powielony przez dziesięciolecia i dziesiątki tysięcy ludzi, staje się czymś, czego żaden rząd na świecie nie zdołał zniszczyć.
To opowieść o wierze, ale też opowieść o tym, czego ludzie potrzebują. Czegoś, czego można się trzymać, gdy nie da się trzymać niczego innego. Drobnego rytuału, który mówi byłem tu, ta osoba tu była, to się wydarzyło, nie pozwólcie o tym zapomnieć.
Kiedy idziesz między krzyżami, tak naprawdę nie idziesz między obiektami religijnymi. Idziesz pośród żałoby, uporu, miłości i pamięci, czyli tego, co religia tak naprawdę zawsze robiła, pod doktryną.
Jeśli kogoś straciłeś, to miejsce, w którym możesz coś za niego zostawić, a to coś zostanie tam ze wszystkim innym, i wiatr będzie przez nie przechodził.
Droga
Z Rygi najpiękniejszy sposób na zrobienie tego to połączenie z pałacem w Rundāle, który już włączamy do jednej z naszych wycieczek jednodniowych. Trasa biegnie na południe przez równinę Zemgale. Płaski, żyzny, prastary kraj rolniczy, który od tysiąca lat rodzi pszenicę i żyto, a potem przekracza granicę z Litwą.
Miniesz małe wioski z drewnianymi kościołami, pola żółtego rzepaku w maju, jeziora, w których mógłbyś popływać, gdybyś się zatrzymał, przydrożne stragany z wędzoną rybą i miodem. Wieś powoli cię zwalnia. Zanim dojedziesz do wzgórza, jesteś już we właściwym nastroju.
Cała droga z Rīgi do Góry Krzyży to około dwie godziny w każdą stronę, zależnie od ruchu i tego, jak często zatrzymujesz się przy bocianach. Z Rundāle jest jeszcze mniej więcej półtorej godziny dalej na południe. Połączenie obu w jeden długi dzień sprawdza się dobrze. Rundāle rano, późny obiad w jednej z wiejskich kawiarni przy granicy, Góra Krzyży po południu, gdy światło najlepiej wydobywa długie cienie krzyży.
Słowo o bocianach
Jeśli przyjedziesz między końcem marca a sierpniem, zobaczysz je wszędzie.
Bocian biały (baltais stārķis po łotewsku, baltasis gandras po litewsku, a przy tym oficjalny ptak narodowy Litwy) to jedna z wielkich przyjemności letniej jazdy w tej części Europy. Sama Łotwa ma około 10 500 par lęgowych, jedną z najgęstszych populacji na świecie. Przejedź dowolną wiejską drogą między kwietniem a sierpniem, a zobaczysz ich ogromne gniazda z patyków, metrowej szerokości, sadowiące się na co drugim słupie elektrycznym, na każdym kominie, na każdej nieczynnej wieży ciśnień, na każdym kole od wozu zatkniętym na słupie przez troskliwego gospodarza, by je zaprosić.
To duże ptaki. Dorosłe mają ponad metr wysokości, rozpiętość skrzydeł niemal dwóch metrów, smoliste lotki na tle olśniewająco białego ciała, długie czerwone nogi i dzioby, które wyglądają, jakby je zanurzono w farbie. Stoją też wysoko w łańcuchu pokarmowym. Jedzą żaby, drobne ssaki, węże, ryby, duże owady, czasem pisklę innego ptaka, i mają tego świadomość. Jest jakaś szczególna pewność siebie w tym, jak bocian przechadza się po świeżo zaoranym polu, z głową uniesioną wysoko, wyłapując robaki i chrząszcze z niewzruszonym spokojem stworzenia, które nie ma się czego bać w okolicy. Popatrz, jak przez kilka minut pracuje w bruździe, a zrozumiesz dokładnie, czemu każda kultura w jego zasięgu wplotła go w swój folklor. Wyglądają, jakby miały zdanie na temat pogody.
Bociany z tych stron co jesień lecą do Afryki Subsaharyjskiej (do Kenii, Ugandy, Tanzanii, czasem aż po sam Przylądek), a każdej wiosny wracają. Nie potrafią przelatywać nad dużymi akwenami, bo szybują na wznoszących się prądach termicznych, które powstają tylko nad lądem. Lecą więc okrężną drogą. Na południe przez Bosfor, w dół wzdłuż Lewantu, doliną Nilu, do Afryki Wschodniej. Podróż w jedną stronę to kilka tysięcy kilometrów. Łączą się w pary na całe życie, wracają co roku do tego samego gniazda, a starszy samiec z pary przylatuje kilka dni przed samicą, by je naprawić. Gdy ona do niego dołącza, słychać powitanie. Szybkie klekotanie dziobów zwane po łotewsku klabata, od drewnianego instrumentu perkusyjnego, który brzmi dokładnie tak samo.
Jeśli jesteś tu między wrześniem a marcem, zobaczysz gniazda, ale nie ich lokatorów. Puste drewniane spodki na słupach, czekające. Są gorsze rzeczy, o których można sobie przypomnieć w tym kraju, niż to, że rzeczy, które się kocha, jednak wracają.
W folklorze łotewskim i litewskim para bocianów gnieżdżąca się na twojej posesji przynosi domowi zgodę, płodność i pomyślność. Ludzie cieszą się, gdy bociany je wybiorą. Nowa para osiadająca na twoim kominie to wiadomość, o której opowiada się sąsiadom.
Zatem jeśli robisz tę trasę w ciepłych miesiącach, zaplanuj czas na postoje. Bociany będą czekać na polach.
Słowo o granicy
Łotwa i Litwa należą do Unii Europejskiej od 2004 roku i do strefy Schengen od 2007, co znaczy, że w normalnych czasach możesz przekroczyć granicę bez zatrzymywania się. Jest znak w lesie, w dwóch językach, i tyle.
Mimo to zabierz ze sobą paszport albo dowód osobisty. Przepisy Schengen technicznie wciąż dopuszczają kontrole tożsamości na granicach wewnętrznych, zwłaszcza w okresach podwyższonego bezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę wszystko, co dzieje się na wschodniej rubieży w ostatnich latach, sporadyczne kontrole wyrywkowe się zdarzają. Dobrym pomysłem jest też mieć pod ręką dokumenty ubezpieczeniowe, jeśli prowadzisz wynajęty samochód. Dziewięć razy na dziesięć przejedziesz bez widoku jednego choćby celnika. Za dziesiątym razem ucieszysz się, że masz dokumenty.
Informacje praktyczne
Góra Krzyży (Kryžių kalnas)
| Szczegół | Informacja |
|---|---|
| Lokalizacja | Około 12 km na północ od Šiauliai na Litwie. Współrzędne: 56.0153°N, 23.4167°E. |
| Godziny | Otwarte całą dobę, każdego dnia roku. Nie ma bramy. |
| Wstęp | Bezpłatny. Przy centrum dla zwiedzających stoi niewielka puszka na datki. |
| Parking | Bezpłatny parking przy wejściu, z małym sklepem z pamiątkami i kawiarnią. Miejsca dla samochodów i kamperów. |
| Krzyże na sprzedaż | Tak. Małe drewniane i metalowe krzyże można kupić w centrum dla zwiedzających, jeśli chcesz jakiś zostawić. Ceny od kilku euro do dwudziestu lub więcej za ręcznie rzeźbione litewskie krzyże ludowe. |
| Z Rygi | Mniej więcej 123 km, około 1 godziny 45 minut samochodem przez A7 / E67 (Via Baltica) i A12. Z pałacu Rundāle: około 90 minut dalej na południe. |
| Z Wilna | Około 220 km, mniej więcej 2,5 godziny. |
| Zaplanuj | 45 minut do godziny na samym wzgórzu, dłużej, jeśli chcesz iść powoli. Większość tego doświadczenia to cisza i czas, więc się nie spiesz. |
| Zabierz | Wygodne buty (ścieżka w górę jest nierówna), warstwę na wiatr (na wzgórzu prawie zawsze wieje) i paszport na przekroczenie granicy. |
| Co zostawić | Jeśli przywozisz własny krzyż, nie potrzeba zezwolenia na nic niższego niż trzy metry. Jeśli masz coś mniejszego, kartkę z napisem, różaniec, zdjęcie, to też idzie w górę. Wiele z najbardziej poruszających rzeczy na wzgórzu wcale nie jest krzyżami. |
Na naszych wycieczkach
Obecnie nie włączamy Góry Krzyży do naszych standardowych wycieczek jednodniowych, bo w połączeniu z Rundāle robi się z tego długi dzień, a chcemy, by nasi goście cieszyli się każdym przystankiem bez pośpiechu. Ale jeśli odwiedzasz Łotwę i masz dzień, by spędzić go porządnie, oto półtora dnia, jakie byśmy dla ciebie ułożyli. Pałac Rundāle i ogrody w stylu francuskim rano, obiad gdzieś po drodze, Góra Krzyży późnym popołudniem, kolacja z powrotem w Rydze.
Jeśli jesteś zainteresowany, napisz do nas. Możemy zorganizować prywatnego kierowcę, elastyczny plan i odpowiednio dużo czasu w obu miejscach.
Ale nawet jeśli jedziesz na własną rękę, jedź. Weź mały krzyż, kawałek papieru albo nic. Stań na wzgórzu, posłuchaj wiatru przechodzącego przez mniejsze krzyże i przeczytaj kilka nazwisk, które dasz radę odczytać.
W tej części Europy jest mnóstwo miejsc, gdzie ludziom mówiono, że ich życie się nie liczy. Góra Krzyży to odpowiedź, którą zwykli ludzie cicho budują na to od dwóch stuleci.
Warta jest tej drogi.
Góry Krzyży nie ma na naszej standardowej liście wycieczek, bo to dłuższy dzień w każdą stronę, ale prowadzimy ją jako wycieczkę jednodniową na zamówienie dla małych grup z Rygi, często w połączeniu z zegarem słonecznym w Szawlach. Napisz do nas ze swoimi terminami, a przygotujemy wycenę.