Większość ludzi na świecie, myśląc o saunie, ma przed oczami jedną konkretną rzecz. Małe drewniane pomieszczenie z piecem w rogu, termometr na ścianie, automatyczny czasomierz i tabliczkę z informacją, że piętnaście minut to maksymalna zalecana sesja. Tym właśnie stały się sauny w osiedlowych siłowniach i hotelach sieciowych, i nie ma w tym nic złego. Robi to, co obiecuje.

Wnętrze bałtyckiej sauny wyłożone drewnem, z piecem kiuas wypełnionym kamieniami i brzozową vasta.
Wnętrze bałtyckiej sauny. Piec kiuas wypełniony kamieniami pośrodku, brzozowa vasta (liściasta miotła, którą Łotysze nazywają slota, a Estończycy viht) i sosnowa ława rozgrzana na tyle, że zostawia ślady. Te same trzy elementy w pirts, suitsusaun, savusauna i badstu. Między krajami zmienia się cała reszta.

Ale to nie jest to, czym sauna naprawdę jest w tej części świata, gdzie ta praktyka się narodziła. W lasach i nad jeziorami między Helsinkami, Tallinem, Rygą i Wilnem, a także w wysokich dolinach Norwegii, gdzie tradycja niemal wymarła i dziś wraca, sauna jest budynkiem, rytuałem, instytucją społeczną, czasem przestrzenią sakralną, a historycznie miejscem, w którym się rodziłaś i w którym przygotowywano cię do grobu. Pudełko z siłowni i prawdziwa bałtycka sauna mają wspólne tylko słowo. Niewiele poza tym.

Spróbuję je uczciwie porównać.

Fińska sauna: marka rozpoznawalna na całym świecie

Słowo sauna jest fińskie, a Finowie wygrali wojnę językową tak całkowicie, że „sauna” jest dziś globalnym terminem na każdy wariant tej praktyki, w dziesiątkach języków. Na każdą jedną osobę w Finlandii przypadają dwie albo trzy fińskie sauny. To około trzy miliony saun przy populacji pięciu i pół miliona. UNESCO wpisało fińską kulturę sauny na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego w 2020 roku.

Fiński styl w swojej najbardziej tradycyjnej postaci to savusauna, czyli sauna dymna. Bez komina. Stos kamieni nad ogniem z drewna, który pali się godzinami, wypełniając pomieszczenie dymem. Gdy drewno się dopali, dym jest wypuszczany, ściany poczerniałe od sadzy trzymają ciepło godzinami, a powietrze w środku ma szczególny charakter. Miękki, głęboki, niemal aksamitny. Żaden piec elektryczny na Ziemi nigdy tego nie odtworzył. To właśnie mają na myśli starsi Finowie, kiedy mówią ci, że zwykła sauna to tak naprawdę nie sauna.

Nowoczesna, łatwiej dostępna fińska sauna jest gorąca (80–110 °C) i stosunkowo sucha. Polewasz kamienie wodą, żeby uzyskać löyly, czyli wybuch pary, który jest całym sednem. Ludzie zwykle siedzą w milczeniu. Nagość jest normą. Sauny mieszane to tylko sauny rodzinne albo dla jednej płci. Lauantai on saunapäivä, sobota jest dniem sauny. Niemal każdy domek letniskowy ma swoją. Burger King w Helsinkach też ją ma, co mówi coś o tym, jak głęboko jest to wpisane w tutejsze życie.

Estońskie suitsusaun: oryginał z listy UNESCO

W południowej Estonii, w regionie zwanym Võrumaa, znajdziesz najstarszą nieprzerwaną tradycję sauny dymnej na Ziemi. Została wpisana na listę UNESCO w 2014 roku, sześć lat przed wejściem Finów, i Estończycy o tym pamiętają.

Estońska suitsusaun (w miejscowym dialekcie Võro savvusann, co jest bliższe fińskiemu słowu) jest funkcjonalnie identyczna z fińską savusauna. Stos kamieni, ogień z drewna, brak komina, ściany pociemniałe od sadzy, miękkie, trwałe ciepło. Wpis UNESCO chroni żywą tradycję. Zwyczaje kąpielowe, wyrób miotełek do kąpieli (viht), budowa i utrzymanie saun, a co istotne, także wędzenie mięsa w tym samym budynku w godzinach, gdy nikt się nie kąpie.

Ten ostatni szczegół mówi ci coś ważnego o miejscu sauny dymnej w wiejskim życiu. Był to budynek wielofunkcyjny. Kąpano się w nim w sobotni wieczór. Peklowano w nim szynkę przez resztę tygodnia. Rodzono w nim dzieci. Obmywano w nim zmarłych przed pogrzebem. Była to najczystsza, najgorętsza, najbardziej sterylna przestrzeń w całym gospodarstwie, więc to tam działy się najważniejsze biologiczne wydarzenia ludzkiego życia. UNESCO nazywa to „sposobem życia”, a nie formą architektoniczną, i to jest dokładnie trafne.

Łotewskie pirts: rytuał

Tę znam najlepiej, bo jest moja.

Łotewskie pirts dzieli głęboki bałtycko-nordycki korzeń z wszystkimi powyższymi. Ciepło z ognia drzewnego, woda na kamieniach, liściaste miotełki, zanurzenie w zimnej wodzie, w starszej tradycji często wariant dymny. Ale gdzieś w ostatnich dekadach, kiedy Finowie uprzemysławiali saunę i wstawiali ją do każdej piwnicy biurowej, Łotysze poszli w przeciwną stronę. Zamieniliśmy pirts w rytuał. Czterogodzinną ceremonię prowadzoną przez wyszkolonego mistrza, pracującego z jedną albo dwiema osobami naraz.

Oto jak to faktycznie wygląda w lepszych miejscach.

Przyjeżdżasz późnym popołudniem. Poznajesz swojego pirtnieks, czyli mistrza pirts, który poświęci kilka minut, żeby zapytać, czego potrzebujesz. Może zaparzy ci ziołową herbatę i poprosi, żebyś nadała sesji jakąś intencję. Nie w sposób żenujący czy teatralny. Spokojnie, tak jak lekarz mógłby zapytać, co cię boli.

Potem wchodzisz do ciepłego pomieszczenia. Ciepło narasta stopniowo. Łotewskie pirts jest łagodniejsze niż fińska sauna, z uważną równowagą temperatury i wilgotności, której mistrzowie uczą się odczytywać zmysłami. Jesteś owijana, szorowana solą albo miodem, omiatana wiązkami brzozy, dębu, jałowca, bylicy albo czegokolwiek, co mistrz wybrał dla twojej sesji, zależnie od pory roku i tego, co według niego jest ci potrzebne. Smaganie miotełką, pēršana, nie jest biciem. To rytm, niemal perkusja, wykonywany na całym ciele, gdy leżysz z zamkniętymi oczami.

Po każdej rundzie ciepła wychodzisz i zanurzasz się w zimnym stawie. Potem odpoczywasz. Potem wracasz do środka. Ten cykl powtarza się trzy albo cztery razy w ciągu trzech do czterech godzin. Pod koniec w skórę wcierany jest miód. Może być śpiew, ziołowe napary, kontrast ze śniegiem zimą. Mistrz utrzymuje twoją głowę w chłodzie wilgotną szmatką albo filcowym kapeluszem do sauny. Przegrzanie głowy to błąd, który ludzie popełniają w saunach prowadzonych przez niewyszkolone osoby. Mierzy też czas twoich sesji tak, żebyś się pociła, ale się nie wyczerpywała.

Całość jest głęboka. Pod koniec nie jesteś tyle zrelaksowana, co przetworzona. Ludziom czasem cieknie z oczu. Często śpią tej nocy lepiej niż od miesięcy.

Żeby wykonywać tę pracę porządnie, pirtnieks szkoli się formalnie przez rok do dwóch i pół roku w jednej z kilku szkół pirts (Lielzemenes, Szkoła Pirts w Ziedlejas i inne), a większość mistrzów uczy się dalej również potem, bo są setki roślin leczniczych do poznania, dziesiątki technik smagania miotełką, prawdziwe zrozumienie tego, kiedy podawać ciepło, a kiedy je uwalniać, i cały zasób ludowej wiedzy o porach roku. Finowie być może mają najwięcej saun na osobę. My prawdopodobnie mamy najwięcej mistrzów pirts na osobę.

Kilka rzeczy ze starszej tradycji wciąż pojawia się we współczesnej praktyce. Pirtīžas to rytuał wykonywany wkrótce po narodzinach dziecka. Historycznie pirts była miejscem, w którym dziecko faktycznie przychodziło na świat, i wciąż jest miejscem, gdzie matka i dziecko biorą razem pierwszą uroczystą kąpiel. Na drugim końcu życia zmarłych tradycyjnie obmywano w pirts przed pogrzebem. Pieśni ludowe nazywają łaźnię Māras pirts albo Laimas pirts. Māra i Laima to dawne łotewskie boginie, a pieśni mówią, że są obecne w pirts, gdy zaczyna się nowe życie. Łotysze nie porzucili tych wierzeń, gdy zostali schrystianizowani. Po cichu zachowali je w łaźni.

Porządny rytuał pirts w ekskluzywnym miejscu kosztuje od 150 do 200 € od osoby, czasem 300 € za parę w bardziej luksusowych ośrodkach (Ziedlejas, Žadeīta Pirts, Meža SPA). Nie jest to tanie. Ale płacisz za cztery godziny pełnej uwagi jednej osoby, w przestrzeni, którą rozgrzewała dla ciebie całe popołudnie, z ziołami, które sama zebrała i przygotowała ręcznie. Miarą „pieniędzy wydanych na rzeczywistą zmianę w tym, jak się potem czujesz” jest to jedna z lepszych ofert dostępnych w Europie.

Litewskie pirtis: starsze rodzeństwo, mniej ceremonialne

Litwini mają własną tradycję sauny, a słowo różni się od naszego jedną literą. Pirtis zamiast pirts. Historie są głęboko splecione. Zarówno łotewski, jak i litewski wywodzą się ze wspólnego bałtyckiego korzenia, a zwyczaje kąpielowe rozwijały się razem w czasach przedchrześcijańskich.

Litewska tradycja pirtis skłania się bardziej ku ziołolecznictwu i cichemu rytuałowi niż ku łotewskiej teatralnej czterogodzinnej ceremonii. Istnieje szanowana Litewska Akademia Łaźni, która szkoli praktyków. Miotełka nazywa się po litewsku vanta (w przeciwieństwie do łotewskiej slota). Wiedza o roślinach jest równie głęboka. Znaleziska archeologiczne z Kernavė, średniowiecznej stolicy Litwy, ujawniły czternastowieczną saunę dymną z sosnowych bali z niezdjętą korą, co wskazuje, że ta praktyka była rozpowszechniona w życiu bałtyckich plemion na wieki przed chrystianizacją Litwy w 1387 roku.

Jeśli zapytasz Litwina o pirtis, powie ci, że „w pirts powinieneś być tak, jak jesteś w kościele”. To prawdziwe powiedzenie i wiele mówi o tym, jak ludy bałtyckie zawsze rozumiały tę praktykę.

Norweskie badstu: tradycja, która niemal wymarła

Ta ma najbardziej zaskakującą historię.

Norweskie słowo na saunę to badstu. Bad oznacza kąpiel, stu oznacza ogrzewane pomieszczenie (spokrewnione z angielskim „stove”). Wikingowie mieli badstuer. Norweskie gospodarstwa miały je przez całe średniowiecze. Potem do Skandynawii dotarła reformacja, luterańscy moraliści uznali wspólną kąpiel nago za nieprzyzwoitą, i przez następne stulecia norweska kultura badstu po cichu wymarła. W latach sześćdziesiątych XIX wieku pewien etnograf twierdził, że odnalazł ostatniego praktykującego kąpielowicza w kraju, w odległej południowej dolinie.

Tym, co utrzymało tradycję przy życiu w Norwegii, byli, jak na ironię, nie Norwegowie, ale Finowie. Kvenowie na arktycznej północy i Finowie Leśni na południowym wschodzie, oba uznane za mniejszości narodowe, którzy nigdy nie przestali się kąpać i nigdy się z tego nie tłumaczyli. Przez trzysta lat badstu w Norwegii było praktyką fińskiej mniejszości na norweskiej ziemi.

Potem, około 2000 roku, stało się coś niezwykłego. Norwegowie znów zaczęli budować badstuer. Fiński architekt Sami Rintala zbudował pływającą saunę w fiordzie. Inni go naśladowali. Teraz w porcie w Oslo jest ponad tuzin pływających saun, z rezerwacjami na miesiące naprzód, a norweska kultura sauny przeżywa pełne odrodzenie. Ma jednak szczególny norweski charakter, znacznie bardziej architektoniczny, bardziej otwarty, bardziej zaprojektowany przez architektów niż starsza fińska tradycja.

Norweska historia jest ciekawa ze względu na to, co pokazuje. Kiedy tradycja umiera, razem z nią umierają jej kulturowe reguły, a to, co wraca, ma większą swobodę, by wymyślić się na nowo. Wiele globalnych trendów w saunie, które dziś widzimy, jak publiczne pływające sauny, instalacje stawiające na design, dostępne ceny, wygląda bardziej jak Norwegia niż jak Finlandia.

Sauna na siłowni: czym jest i czym nie jest

Dochodzimy teraz do małego drewnianego pudełka na twojej osiedlowej siłowni.

To, co tam masz, to nowoczesny, elektryczny wariant na suchym powietrzu, działający w 80–100 °C, bez wilgotności wartej wzmianki, piętnaście minut na czasomierzu, szklane drzwi, w większości cisza. Nie ma w tym nic złego. Ciepło robi to, co robi ciepło. Spocisz się, twoje krążenie się poprawi, ramiona się rozluźnią, a w zimny dzień jest to drobna ulga.

Ale to coś innego niż którakolwiek z tradycji opisanych powyżej. Nie ma ognia, dymu, mistrza, miotełki, wiedzy o roślinach, wspólnoty, rytuału, czterogodzinnego łuku. Sauna na siłowni to pozyskiwanie ciepła bez kontekstu, tak jak espresso w papierowym kubku to pozyskiwanie kofeiny bez włoskiej kawiarni. Oba są przydatne. Żadne nie jest tym samym, co oryginał.

Reszta świata właśnie odkrywa oryginał na nowo. Publiczne łaźnie otwierają się ponownie w Londynie, na Brooklynie, w Berlinie, w Melbourne. Ludzie szkolą się na mistrzów łaźni. Łotysze i Finowie podróżują za granicę, żeby uczyć technik. Pudełko z siłowni jest uzupełniane czymś głębszym.

Trzecie miejsce

Jest socjolog nazwiskiem Ray Oldenburg, który w 1989 roku wydał książkę The Great Good Place, w której dowodził, że ludzie potrzebują trzech różnych rodzajów przestrzeni społecznej, żeby funkcjonować jak należy. Twoim pierwszym miejscem jest dom. Twoim drugim miejscem jest praca. Twoje trzecie miejsce to gdzieś indziej. Neutralny grunt, na który chodzisz regularnie, gdzie rozmowy są nieumówione, gdzie możesz znać stałych bywalców, ale nic im nie jesteś winna, i gdzie nie obowiązują społeczne hierarchie domu i pracy.

Klasyczne trzecie miejsca to kawiarnie, puby, zakłady fryzjerskie, place targowe, poczta. Oldenburg dowodził, że społeczeństwa, które tracą swoje trzecie miejsca, stają się niespokojne, samotne i spolaryzowane politycznie, bo nie zostaje już miejsce na zwykły, niezobowiązujący kontakt między ludźmi.

Każdy, kto spędził czas w kraju bałtyckim albo nordyckim, rozpozna, że sauna jest tu trzecim miejscem od bardzo dawna. Sobota w wiejskim pirts. Przyjaciele zbierający się latem w wiejskiej saunie na wieczór, który ciągnie się do późna. Starcy w fińskiej publicznej saunie, którzy spierają się o te same rzeczy od czterdziestu lat. Estoński gospodarz sauny dymnej, który tak samo przyjmuje obcych i miejscowych. Nic z tego nie dzieje się w domu i nic z tego nie dzieje się w pracy. Dzieje się w ogrzewanym drewnianym pomieszczeniu, i tak jest od tysiąca lat.

Pirts w szczególności rozwija ideę trzeciego miejsca dalej niż gdziekolwiek indziej, co przychodzi mi do głowy. Łotewskie rodziny zbierają się w łaźni z okazji urodzin, narodzin dzieci, w miesiącach po czyjejś śmierci, na śluby, na pierwszy dzień wiosny. To miejsce, w którym przeżywa się ważne życiowe wydarzenia, w sposób łączący duchową funkcję kościoła, społeczną funkcję pubu i medyczną funkcję przychodni. Współczesna psychologia dopiero teraz nadrabia to, co robimy od tysiąca lat.

Słowo o ciemnej wodzie

Chcę powiedzieć o części, z którą sama, osobiście, zmagałam się latami.

Gdy odbywasz porządny łotewski rytuał pirts, zanurzenie w zimnej wodzie jest niezbędne. Przechodzisz z ciepła do wody ledwie powyżej zera na 10 do 30 sekund, a to kontrast sprawia, że całość działa. Krążenie, odpowiedź immunologiczna, jasność umysłu, wszystko to.

Problem dla mnie polega na tym, że ta zimna woda to zwykle łotewski staw. A łotewskie stawy, szczerze mówiąc, wyglądają trochę niepokojąco, kiedy widzisz je pierwszy raz. Woda jest niemal czarna. Dna nie widać. Pod stopami jest coś miękkiego i mulistego. Całość wygląda jak ten rodzaj stawu, w którym w bajce mieszka coś o zbyt wielu zębach.

Z przyjemnością donoszę, że nauka jest po naszej stronie, i żałuję, że nikt mi tego wcześniej nie wytłumaczył.

Ciemna barwa wody w łotewskich stawach i jeziorach pochodzi z rozpuszczonej materii organicznej, przede wszystkim kwasów humusowych i fulwowych, które wymywają się z okolicznych torfowisk i sosnowych lasów. Mech torfowiec rozkłada się powoli w kwaśnych, ubogich w tlen warunkach, a produkty tego rozkładu barwią wodę na kolor mocnej herbaty. Z wodą nie jest nic nie tak. Jest po prostu ubrana w kolor ziemi, przez którą płynie.

Co więcej, te same kwasy humusowe mają łagodne właściwości przeciwdrobnoustrojowe i działają jak naturalny filtr przeciwsłoneczny dla jeziora, hamując wzrost bakterii i chroniąc życie wodne przed uszkodzeniami od promieniowania UV. Dlatego dawni podróżnicy w północnej Europie mawiali „jeśli jest brązowa, pij ją śmiało”. Woda z bagien utrzymuje ludzi przy życiu w tej części świata od bardzo dawna. Wygląda źle, a biologicznie jest znakomita, czyli właściwie odwrotnie niż większość stawów w większości części świata.

Kiedy to zrozumiałam, przestałam się wzdrygać na widok powierzchni. Woda jest ciemna z tego samego powodu, dla którego las pachnie tak, jak pachnie. Jesteś zanurzona w chemii bagna. W chemii całego tego kraju. Jest coś niemal wstydliwego w byciu Łotyszką, której zajęło dwadzieścia lat, żeby pogodzić się z kolorem miejscowej wody, ale tak właśnie jest.

Muliste dno pod stopami, przyznaję, to nadal osobna sprawa. Człowiek się przyzwyczaja.

To którą powinnaś wypróbować?

Jeśli odwiedzasz Łotwę, odpowiedź jest prosta. Zarezerwuj łotewski rytuał pirts u wyszkolonego pirtnieks w jednym z porządnych wiejskich miejsc. Ziedlejas w Parku Narodowym Gauja, Žadeīta Pirts w Jūrmale, Meža SPA na wybrzeżu Kurzeme. Zaplanuj pół dnia i oczekuj, że coś faktycznie wydarzy się w twoim ciele i twoim układzie nerwowym, nie w sensie metaforycznym.

Jeśli odwiedzasz Finlandię albo Estonię, znajdź prawdziwą saunę dymną, a nie tę hotelową. Sauna dymna to forma starożytna, forma z listy UNESCO i forma, która daje miękkie, głębokie ciepło, jakie wszystko inne próbuje naśladować.

Jeśli jesteś w Norwegii, idź do jednej z pływających saun w Oslo albo Bergen, a potem zanurz się w fiordzie. Jest bardziej architektoniczna niż rytualna, ale jest piękna. Nowy norweski ruch to miejsce, ku któremu przesuwa się rozmowa o designie w kulturze sauny.

A jeśli masz tylko saunę na siłowni w lokalnym klubie fitness, to też jest w porządku. Posiedź w niej piętnaście minut. Oddychaj powoli. Napij się potem wody.

Po prostu wiedz, że istnieje znacznie głębsza wersja tego wszystkiego, sięgająca tysiąca lat wstecz, wciąż bardzo żywa w lasach tej części Europy. A jeśli kiedyś znajdziesz się na Łotwie zimą, z czterema wolnymi godzinami i 150 € do wydania, nie przychodzi mi do głowy lepszy sposób, żeby spędzić jedno albo drugie.

Łotewską tradycję pirts najlepiej rozumie się tak, jak rozumiano ją zawsze, czyli wchodząc do środka. Możemy wpleść kameralny saunowy wieczór w nasze wizyty w Rydze, gdy sezon na to pozwala. Napisz do nas, jeśli chcesz spróbować prawdziwego łotewskiego pirts w ramach swojej podróży.